Dla tłumaczyO języku

KLĄTWA WIEDZY – CO TO TAKIEGO I JAK JEJ UNIKNĄĆ?

Myślę, że każdemu przytrafiło się coś takiego. Jesteście na wykładzie, webinarze lub kogoś o coś pytacie. Na przykład chcecie wiedzieć, jak działa elektrownia jądrowa. Dostajecie odpowiedź, że to bardzo proste: wskutek kontrolowanej reakcji jądrowej zanurzonych w zbiorniku z chłodziwem prętów paliwowych i z moderatorem spowalniającym neutrony dochodzi do rozszczepienia jąder np. izotopu uranu U235, co powoduje podgrzanie chłodziwa, które przechodzi do wytwornicy pary, gdzie podgrzewana woda wytwarza parę, ta z kolei…

Co tu się stało?

Doświadczyliście klątwy wiedzy.

PRZEKLEŃSTWO!

Klątwę wiedzy przypisuje się osobom, które dużo wiedzą i mają coś wytłumaczyć laikom, jednak spektakularnie sobie z tym nie radzą. Używają DUŻYCH SŁÓW, skomplikowanych koncepcji, złożonych relacji między nimi, biorąc za oczywiste, że wszyscy je znają. Laicy nie mają jednak takich podstaw. W zdecydowanej większości wypadków klątwa wiedzy nie wynika z chęci intelektualnego popisywania się, bycia „ą-ę”, pognębienia kogokolwiek ani z założenia, że inaczej o pewnych rzeczach opowiadać się nie da.

Nie; na pewnym etapie wiedzy człowiek przestaje zdawać sobie sprawę, że mówi językiem niedostępnym dla szerokiego odbiorcy. Jego wiedza jest tak głęboka, że w trakcie dzielenia się nią nie widzi, że przedmioty, koncepcje i relacje między nimi są skomplikowane. To tak, jakby objaśniać bieganie ledwo co raczkującemu niemowlakowi.

Klątwa wiedzy nie dotyka tylko osób uczonych. Jeśli zdarzyło się Wam usłyszeć od kogoś „no TO jest przecież TAM!” albo „pamiętasz TEGO gościa, który WTEDY zrobił TO na TAMTEJ imprezie?”, to też spotkaliście się z tą klątwą.

KLĄTWA A PAMIĘĆ I WYOBRAŹNIA

Klątwa wiedzy bierze się z tego, że ktoś jest jak wół, co zapomniał, gdy cielęciem był. Nie pamięta już, jak trudno było zacząć, ile wysiłku kosztowało zapoznanie się z fundamentalnymi pojęciami i zbudowanie na nich gmachu wiedzy.

Osoba taka ma trudności z wyobrażeniem sobie, jak to jest, gdy się nie ma tych pojęć. Nie potrafi przekazać, które informacje są podstawowe, które nie są i jak się mają względem siebie. Dotyczy to też sytuacji, gdy nie zdaje sobie sprawy z tego, że zakresy wiedzy różnych osób nie pokrywają się ze sobą. Nawet jeśli rozmówca ma podobną przeszłość i wykształcenie, nie znaczy to, że wszystko pamięta.

TECHNICZNA KLĄTWA WIEDZY

Lubię myśleć o dokumentalistach jak o tłumaczach: tłumaczą z języka inżynieryjnego na język użytkowy.

Inżynierowie czy ekspertki w danej dziedzinie (SME – subject matter experts) często nie mają czasu, wiedzy czy umiejętności, by przekazać treści w sposób jasny dla użytkowników końcowych. Stąd pojawiają się niejasności. W angielskim najczęściej spotykam nagromadzenie rzeczowników (noun piles). Jest to ustawienie rzeczowników w ciągu, jeden przed drugim, które dla autora jest oczywiste, na przykład steam feeding control valve sensor. Czy jest to „czujnik zaworu sterującego zasilania parą” czy może „czujnik zaworu sterujący zasilaniem parą”?

Innym przykładem są metapojęcia. Są to wszystkie „ramy, projekty, kwestie, poziomy, konteksty, warstwy, schematy, perspektywy, punkty widzenia” i inne. Oczywiście nie każde takie wystąpienie jest złe – to zależy od kontekstu. Czasem jednak niepotrzebnie mgli się oczy odbiorcom wyrażeniami typu „w ramach panelu nadzoru z perspektywy administratora na panelu sterowania widoczne są uprawnienia poziomów użytkowników 1, 2 i 3 szczebla oraz poniższe kwestie”.

Zadaniem dokumentalistów jest przetłumaczenie tego na zrozumiały język. Jest to trudna sztuka, która wymaga empatii – wczucia się w użytkowniczki – i świadomości własnej klątwy wiedzy. Technical writerzy sami znają temat bardzo dobrze i muszą uważać, by nie tłumaczyć niejasnego przez niejasne.

KLĄTWA WIEDZY A TŁUMACZENIE

Tłumacze i tłumaczki są szczególnie wrażliwi na niejasności wynikające z klątwy wiedzy. W wielu wypadkach widać, kiedy tekst był pisany przez SME, która doskonale znała temat, ale nie umiała przekazać go w jasny sposób. Również widać, kiedy tekst został przetłumaczony przez inżyniera, a nie tłumacza technicznego. Bardzo często wtedy można spotkać nagromadzenia rzeczowników czy skróty myślowe, a nawet nieścisłą terminologię: przeplatają się terminy ściśle techniczne z potocznymi odpowiednikami. Oprócz całej tej klątwy wiedzy dochodzą jeszcze kalki z języka rodzimego i inne błędy tłumaczeniowe, co tylko mnoży problemy.

W takich sytuacjach poprawiam, co mogę, a gdy dane fragmenty tekstu są niezrozumiałe, kontaktuję się z klientem. Niestety nie zawsze udaje się rozwikłać trudności, nie wszystko też leży w gestii tłumacza, więc zdarzają się dokumentacje typu garbage input – garbage output: bałagan na wejściu daje bałagan na wyjściu. Warto o tym pamiętać, gdy następnym razem przeczytacie niejasną instrukcję obsługi lodówki.

KONSEKWENCJE

Skutki klątwy rozpościerają się na skali od wzruszenia ramionami („ok, chyba nie wiem, jak działa elektrownia jądrowa”), przez irytację („które TO i które TAM?!”), straty materialne (np. z powodu wadliwie napisanej instrukcji obsługi), po ofiary śmiertelne.

Dość częstym skutkiem klątwy jest myśl „chyba to rozumiem”. Niestety tak naprawdę wtedy nie ma zrozumienia, co może przynieść mniej lub bardziej opłakane efekty. Skuteczny komunikat to taki, po którym można pomyśleć „rozumiem to!”.

Z kolei w przypadku dokumentacji główne konsekwencje są finansowe, a wynikają z poniższych.

W kontekście oprogramowania źle napisany interfejs, pomoc czy instrukcje skutkują frustracją produktem i utratą zaufania użytkowników. To zazwyczaj prowadzi do negatywnych recenzji, co odstrasza nowych klientów.

Ponadto źle napisana dokumentacja obciąża dział wsparcia, co z kolei niepotrzebnie przeciąża osoby tam pracujące. Może to też doprowadzić do mylnego przeświadczenia, że trzeba tam zatrudnić więcej osób.

Podobnie jest w przypadku sprzętu, od drobnej elektroniki, przez RTV i AGD, po maszyny przemysłowe. Zwłaszcza jeśli chodzi o maszyny, źle sporządzone instrukcje mogą prowadzić do awarii czy obrażeń, a nawet śmierci użytkownika. Tutaj koszty wiążą się w najlepszym razie z częstą naprawą gwarancyjną, a w najtragiczniejszym z wypłatą ogromnego odszkodowania.

JAK SOBIE RADZIĆ Z KLĄTWĄ WIEDZY?

Jest kilka dobrych sposobów radzenia sobie z klątwą wiedzy. Najbardziej wyświechtanym jest „postaw się w roli odbiorców!”, ale to samo w sobie nie jest jasne i może nie wystarczyć. Zgodnie z tym podejściem trzeba się w nich wczuć i zastanowić się, czy niezaznajomieni z tematem zrozumieją tekst. Jest to dobry punkt wyjścia, ale trzeba go rozwinąć.

Warto zadać szereg pytań dotyczących odbiorców.

Kim są?

Ile mogą wiedzieć?

Czego raczej nie wiedzą?

Z czym się mierzą?

Za UX writingiem: zastanówmy się nad personami i ścieżką odbiorców. Wyobraźmy sobie np. content writera Krzysia i programistkę Anię, którzy będą czytać nasz tekst: jaki mają bagaż wiedzy? Jak przebiega ich podróż po tekście?

W przypadku komunikacji technicznej duże firmy mogą przeprowadzić badania odbiorców. Jeśli piszemy posty czy artykuły, musimy jednak uruchomić wyobraźnię. Przy czym bezpieczniej założyć, że nasi odbiorcy wiedzą mniej niż więcej. W najgorszym razie odbiorczynie pomyślą, że nasz tekst jest skierowany do bardzo początkujących osób. Moim zdaniem lepsze jest takie podejście, niż gdyby odbiorcy mieli czuć się zdyskombobulowani.

MYŚL O ODBIORCACH TO ZA MAŁO

Samo dbanie o odbiorców jednak nie wystarczy. Trzeba też wiedzieć, jakie są możliwe pułapki, jak wymienione wyżej niejasna składnia (noun piles) i metapojęcia, czy inne abstrakcyjne lub specjalistyczne terminy. Można jeszcze dodać żargon, używanie abstrakcyjnych rzeczowników zamiast czasowników (jak na obrazku), nieobjaśnione skróty czy brak przykładów.

Inną radą jest dbanie o gramatykę. Łatwiej zrozumieć prostą budowę zdania niż złożoną. Tak samo krótsze zdania lepiej rozumiemy niż dłuższe. W angielskim możemy czerpać z wytycznych Plain English, Simplified Technical English czy Writing for Machine Translation, które obejmują i gramatykę, i słownictwo.

I CO JESZCZE?

Napisanie tekstu prostymi słowami i składnią z myślą o odbiorczyniach jeszcze nie gwarantuje sukcesu. Mimo wszystko klątwa wiedzy może się dalej czaić między wierszami. Trzeba wtedy uważnie przeczytać tekst i to kilka razy. Najlepiej zrobić to po paru dniach czy nawet tygodniach od napisania. Wtedy trochę zapominamy, co autor miał na myśli, i łatwiej jest wychwycić niejasności i błędy. Po własnej korekcie jeszcze warto oddać komuś tekst do przeczytania. W idealnej sytuacji byłaby to osoba, która przypomina odbiorców docelowych.

Tutaj duże firmy mają ponownie przewagę, bo mogą zbierać informacje zwrotne wprost od odbiorców i potem udoskonalać teksty. W większości sytuacji, z którymi mamy do czynienia, nie będzie to prawdopodobne, choć nie jest to niemożliwe. Raz na przykład redagowałem swój artykuł na LinkedInie, bo uważny czytelnik dopatrzył się skrótów logicznych.

zamyślony tłumacz przy laptopie
Tłumacz zmartwiony klątwą wiedzy

NA KONIEC

Pisanie jest trudne, a zrozumiałe pisanie jest jeszcze trudniejsze. Nie jesteśmy jednak skazani na klątwę wiedzy. Możemy wiele zrobić, by ułatwić odbiorcom zrozumienie tekstu.

Po pierwsze pamiętajmy, że jest coś takiego jak klątwa wiedzy.

Po drugie wyobraźmy sobie, do kogo kierujemy tekst.

Po trzecie miejmy na uwadze, co może pójść w tekście nie tak.

Po czwarte dbajmy o język.

Po piąte sprawdzajmy tekst.

Po szóste dajmy komuś tekst do przeczytania.

Po siódme i ostatnie – publikujmy.

Paweł

 

Bibliografia:

Pinker, S. (2015). Sense of Style. Penguin Books.

Udostępnij