Trochę kulturyŻycie tłumacza

WYWIAD Z JEREMIM OCHABEM

Jeremi Ochab

Mamy dla Was kolejny wywiad z ciekawym tłumaczem! Ostatnim razem Martyna rozmawiała z Davidem Frenchem, a tym razem jej rozmówcą jest Jeremi Ochab. Jeremi to tłumacz angielskojęzycznych książek popularnonaukowych na język polski i pracownik naukowy Uniwersytetu Jagiellońskiego. Z wykształcenia jest fizykiem i anglistą – takie połączenia nie zdarzają się często, a szkoda! Od zawsze powtarzamy, że sztuczne podziały na humanistów i ścisłowców są bez sensu, a Jeremi jest przykładem tego, że łączenie różnych dziedzin w życiu zawodowym ma w zasadzie same zalety. Przeczytajcie sami!

Martyna: Czym się zajmujesz w swojej codziennej pracy i jak łączysz w niej dwie tak pozornie odległe dziedziny – fizykę i język?

Jeremi: Na co dzień po prostu jestem naukowcem: z wykształcenia fizykiem i anglistą, a z doktoratu fizykiem teoretykiem. Natomiast od fizyki tak naprawdę coraz bardziej się oddalam i zajmuję się analizą danych. Od paru lat na przykład współpracuję z naukowcami z Argentyny, którzy zajmują się badaniami nad mózgiem. W tej chwili jest to większość mojego zawodowego, naukowego życia. Cząstkę pracy staram się poświęcać zawsze związkom z humanistyką. Metody obliczeniowe, których się nauczyłem, wykorzystuję do analizy tekstów. Ostatnio z kolegą z Czech skończyliśmy pisać artykuł historyczno-socjologiczny napisany na podstawie analizy współwystępowania podpisów na czeskich dokumentach z XIII wieku. Robiłem doktorat z takich właśnie analiz i teorii sieci złożonych. 

To takie teoretyczne aspekty wyszukiwania informacji, czasem do tego wracam w bardziej praktycznych aspektach, analizując konkretne dane. Współpracuję z Instytutem Języka Polskiego Polskiej Akademii Nauk i z Wydziałem Filologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, w tym z byłym promotorem i recenzentem mojej pracy magisterskiej na anglistyce: Janem Rybickim i Maciejem Ederem. Owi koledzy zajmują się stylometrią – ilościowymi miarami stylu, porównywaniem tekstów pod tym względem, wyszukiwaniem i weryfikacją autorstwa tekstu. 

Analizy sieciowe i metody uczenia maszynowego mogą być tu pomocne – to jest ogromna działka, którą od lat wykorzystuje się do różnych aspektów badań. My też z tego korzystamy – ze sztucznych sieci neuronowych, czasem z jakichś prostych algorytmów. Nasi koledzy badacze na przykład w ten sposób odkrywali, kim jest Robert Galbraith – udało im się potwierdzić ilościowo, statystycznie, że Wołanie kukułki tak naprawdę napisała J.K. Rowling. Badali też sprawę tego, czy Harper Lee, autorka powieści Zabić drozda, jest też rzeczywiście autorką książki Go Set a Watchman, którą wydała nieoczekiwanie po latach, rok przed swoją śmiercią. Ja się skromnie staram włączać w te badania w miarę mojego czasu i możliwości.

To wszystko brzmi bardzo ciekawie, interdyscyplinarnie, niestereotypowo! Łączysz w swojej pracy mnóstwo różnych tematów i dziedzin.

No tak, dość eklektyczna jest ta moja działalność, nieukierunkowana. Wynika to z tego, że interesują mnie bardzo różne rzeczy i staram się jej łączyć. Szukam tego, co mnie bawi najbardziej. Czasem w tych poszukiwaniach brnę w różne ciekawe rejony.

Powiedz mi w takim razie, skąd się wzięła anglistyka w twoim życiu?

Odpowiem krótką anegdotą. Na pewnych zajęciach już na anglistyce, bodaj na III roku, pojawiła się nowa prowadząca ćwiczeń z praktycznej nauki języka. Zapytała dokładnie o to: „Dlaczego przyszliście na te studia?”, a ja odpowiedziałem po prostu: „Bo podoba mi się brzmienie tego języka”. Ona zrobiła wielkie oczy: „Ale jak to? Poszedłeś na jakieś studia, dlatego że podobało ci się brzmienie języka?”. Była zdziwiona, że na tym oparłem swoją decyzję. To właśnie fonologia i fonetyka były zawsze moimi ulubionymi przedmiotami w czasie studiów. Później te zainteresowania zeszły w inne strony, na przykład w stronę tłumaczeń, ale aspekty dotyczące brzmienia języka wciąż były ważne.

Czy bycie fizykiem, naukowcem pomagało ci jakoś na studiach z anglistyki? A może przeszkadzało?

Mam dość analityczny umysł i charakter, co znalazło odzwierciedlenie na przykład w moich pracach zaliczeniowych. Niekoniecznie były świetne językowo, ale miały sens, logikę, i to wystarczało. Przeszkadzało mi na pewno to, że gdy studiuje się dwa kierunki, trzeba być w kilku miejscach na raz 😉. Na szczęście wtedy jeszcze budynki obu wydziałów były blisko siebie. 

Czasem z kolei frustrowało mnie, gdy na anglistyce wykładowcom zdarzało się powiedzieć coś matematycznie błędnego lub niewłaściwie używać terminów czy danych statystycznych 😉. Swoją drogą spotkałem tam wykładowców, którzy też nie byli pierwotnie z wykształcenia anglistami. Jedna z wykładowczyń też była fizyczką, pracowała kiedyś w zderzaczach cząstek. Inny profesor był, jeśli się nie mylę, po studiach matematycznych, a zajmował się pragmatyką językową.

Gdy po urlopie dziekańskim wróciłem na studia magisterskie z filologii, wybrałem specjalność tłumaczeniową i akurat się tak świetnie złożyło, że spotkałem Jana Rybickiego. Jako stylometra był żywo zainteresowany tym, by taka osoba jak ja coś wspólnie z nim zrobiła. Wiedział, że metody ilościowe to jest coś, do czego humanistyka musi się przynajmniej częściowo przyzwyczaić. Są pewne aspekty badań humanistycznych, które da się w ten sposób robić, no i fajnie byłoby je w końcu zacząć robić w Polsce. Oczywiście jest mnóstwo badań językoznawczych, które zawsze stosowały miary ilościowe, ale faktycznie w Instytucie Filologii Angielskiej to było nowe, świeże, ciekawe podejście, które wprowadził właśnie Jan Rybicki. Zresztą z dużymi sukcesami jak na polską skalę. 

Tak, to jest świetne pole do działania. Humanistyka cyfrowa – digital humanities – to jest coś, co się bardzo aktywnie rozwija.

A czy możesz w skrócie wyjaśnić, czym jest humanistyka cyfrowa?

Zdefiniuję to przez podział – cały obszar badań humanistycznych może się kwalifikować jako humanistyka cyfrowa, jeśli zajmuje się cyfryzacją zasobów lub korzysta z cyfrowego medium. 

W pierwszy przypadku jest to kwestia tworzenia zdigitalizowanych zbiorów danych pozostawionych dla kolejnych pokoleń w wersji trwałej i dobrze opisanej metadanymi – to jest wielka gałąź, która wspiera badania w systematyczny sposób.

W drugim przypadku są to nowe ilościowe metody analizy – od prostej statystyki do skomplikowanych metod uczenia maszynowego.

W różnych poddziedzinach humanistyki to się bardzo różnie objawia. Przykładowo: są to modele 3D obiektów archeologicznych lub architektonicznych, analizy map, a także cyfryzowanie dzieł sztuki, tworzenie kolekcji muzealnych opisanych maszynowo, a nawet tworzenie dzieł cyfrowych.

Jeśli chodzi o badania językowe – można zacząć od metod przetwarzania języka naturalnego (natural language processing/engineering), które pomagają na przykład zanotować korpus języka polskiego (czyli określić cechy gramatyczne, syntaktyczne, morfologiczne). Komputer może to zrobić w 95% dobrze, a czasem lepiej niż ludzie. Mamy tu też tłumaczenie maszynowe; wszelkiego typu chat boty, które od ostatnich kilku lat działają coraz lepiej – coraz lepsze algorytmy, które analizują i generują sensowne teksty; przetwarzanie mowy. Wszędzie w tych tematach humanistyka może się odnaleźć – można analizować nowe media w dużo bardziej systematyczny sposób i na większą skalę. 

A skąd w twoim życiu wziął się Tłumacz rzeczy?

Ta piękna książka wpadła w moje ręce dzięki koleżeństwu ze studiów. Ukończyłem specjalizację tłumaczeniową na anglistyce, ale zasadniczo nie tłumaczyłem zawodowo po studiach. Moi koledzy i koleżanki – owszem; przynajmniej niektórzy uderzali do różnych wydawnictw i się do nich dostawali. Jedna z koleżanek wiedziała, że Wydawnictwo Czarna Owca szukało kogoś dopasowanego do tej książki, więc mnie poleciła. I to był świetny strzał: wciąż dziękuję jej za to, że wyłapała mnie do tej roboty. To było moje pierwsze prawdziwe zlecenie i myślę, że najciekawsze, najbardziej niestandardowe. 

Tłumacz rzeczy

Pod jakimi względami?

Pełny tytuł tej książki to: Tłumacz rzeczy. Złożone sprawy w prostych słowach. Te „proste słowa” oznaczają, że autor, Randall Munroe, użył listy frekwencyjnej tysiąca najczęstszych słów w języku angielskim. W normalnych książkach tak by się nie dało; tych słów byłoby znacznie więcej. Tysiąc słów to ograniczenie, które faktycznie sprawia problem – kiedy policzy się wszystkie słowa funkcyjne, gramatyczne, to szybko się uzbiera paręset, a potem zostają przymiotniki, rzeczowniki, czasowniki… Wyobraź sobie jakąkolwiek książkę, która by nie miała metafor, czy nawet po prostu zwykłą rozmowę, taką jak ta, którą prowadzimy; na pewno użyliśmy gdzieś tam metafor – już samo „gdzieś tam” jest swego rodzaju przestrzenną metaforą. Jeśli one korzystają ze skomplikowanych słów, to po prostu by z tej książki zniknęły i trzeba by je czymś zastąpić, by dało się je zrozumieć. Trzeba rozebrać na części pierwsze to, co się chce powiedzieć, napisać najprostszymi słowami.

Tłumacz rzeczy. Złożone sprawy w prostych słowach

Takich rzeczy jest tam mnóstwo. To było główne ograniczenie tej książki, wpisane w jej założenia, wypisane nawet na obwolucie. Drugie ograniczenie, które może nie jest tak oczywiste na pierwszy rzut oka, to brak miejsca. Jest w tej książce mnóstwo obrazków: przyciski, pokrętła, przełączniki, opisane na bardzo małej powierzchni. Te opisy trzeba zmieścić na małej przestrzeni. To jest coś, z czym tłumacze zwykle spotykają się na przykład w lokalizacji stron internetowych, gdzie trzeba zmieścić pozycje w menu, by znaczyły to, co mają znaczyć, były zrozumiałe, no i zajmowały dane miejsce, nie więcej. Ta książka cała jest taka. 

Nie można było niczego skrócić, pominąć, ale trzeba było się zmieścić. Wydawnictwo nie zdecydowało się na ingerencję w grafikę, poza drobnymi zmianami w układzie. Innym problemem było to, że wcale nie jest oczywiste, że tłumacz odczyta i zrozumie wszystko napisane takim językiem. 

Mapa nieba w Tłumaczu rzeczy
Mapa nieba w Tłumaczu rzeczy – słowo „gwiazda” nie należy do pierwszego tysiąca, więc trzeba było zastąpić je słowem „słońce”

Dla mnie czytanie tej książki to jak rozwiązywanie rebusu.

Otóż to! To jest jedna wielka łamigłówka. Jeśli myślicie, że to jest książka dla dzieci… to tak, jeśli jesteście przy tym dziecku, czytacie wraz z nim i wyjaśniacie wszystko po drodze. A nie będziecie w stanie zrobić tego od razu, tylko będziecie musieli najpierw posiedzieć na Wikipedii i sprawdzić, o co chodzi w danym fragmencie. I na tym mniej więcej właśnie polegała praca tłumacza – na sprawdzaniu i odszyfrowywaniu.

Jak myślicie – czym jest sprawdzacz kształtów?
Jak myślicie – czym jest sprawdzacz kształtów?

Czy w takim razie stworzenie listy najczęściej używanych słów po polsku to była dla ciebie najprostsza rzecz w tej książce?

I tak, i nie. Z tą listą był problem od początku. Kiedy dostałem książkę do tłumaczenia, nie otrzymałem listy słów ani wyjaśnienia do niej. Miałem tylko tytuł. Nie wiedziałem z góry, co powinno się na niej znaleźć. To jeszcze pół biedy – stwierdziłem, że najpierw po prostu przetłumaczę całość treści, a potem skompiluję właściwą listę. Pracowałem na tym, co miałem. Zrobiłem własną wstępną listę. Od razu sprawdziłem statystykę słów, żeby sprawdzić, czy autor nie kłamie – od tego zawsze trzeba zacząć 😉. Nie kłamał, plus minus parę słów.

W opisie swojej listy autor wyjaśnia, jak tę listę stworzył. Korzystał z korpusu językowego beletrystyki, ale też ze swojej korespondencji mejlowej, a poza tym bazował na swojej intuicji i chciał być zabawny – tak powstała jego lista tysiąca najczęstszych słów. Ja się o tym dowiedziałem dopiero wtedy, gdy już przetłumaczyłem całą książkę. Natomiast zanim zacząłem tłumaczyć, poprosiłem kolegów z IJP, by mi udostępnili korpus języka polskiego. Ten korpus ma kilka podzbiorów – beletrystyczny, akademicki, dziennikarski i słowa mówionego. Miałem też zakupiony korpus języka amerykańskiego, w którym są podobne działy. Pierwsze, co zrobiłem, to sprawdzenie, do którego z korpusów tłumaczony przeze mnie tekst jest najbardziej podobny, do jakiego rodzaju tekstów najbardziej się kwalifikuje. Potem sprawdzałem, jak to, co ja przetłumaczyłem, kwalifikuje się do analogicznego podkorpusu języka polskiego. 

Na początku miałem 1300 słów, a potem skracałem tę listę i dopasowywałem. To było dość uciążliwe: zastanawianie się, słowo po słowie, który wyraz da się zastąpić innym, wyciąć, dołączyć, połączyć. Stała za tym wszystkim pewnego rodzaju dość prosta inżynieria. Było to na pewno jak najwierniejsze przełożenie tekstu, choć nie zawsze najbardziej czytelne. Można to było zrobić bardziej intuicyjnie. Ja się trzymałem weryfikowalnych ilościowo kryteriów. 

Ciekawi mnie bardzo, jak ta książka została przetłumaczona na inne języki, jakie podejście mieli inni tłumacze. Dla mnie to była świetna przygoda!

porównanie zawartości Tłumacza rzeczy z podkorpusami języka angielskiego
Tak też czasem wygląda praca tłumacza – porównanie zawartości Tłumacza rzeczy z podkorpusami języka angielskiego

A jeśli chodzi o pozostałe książki, jakie tłumaczyłeś, to która wydaje Ci się najciekawsza? Możesz coś o nich opowiedzieć?

To były bardzo różne książki, popularnonaukowe, w sumie sześć, jedna jest jeszcze nie wydana (Kosmiczne zderzenia, asteroidy zabójcy i wyścig w obronie Ziemi Gordona L. Dillowa). Opowiem o jednej książce pięknej i jednej ciekawej.

Książka dla mnie mniej ciekawa, ale graficznie absolutnie zachwycająca, to Planetarium wspaniałego Wydawnictwa Dwie Siostry. To jest książka dla dzieci: redaktorka, która ze mną nad nią pracowała, pomagała mi dostosować język do wymagań młodszego czytelnika, by był czytelny i zrozumiały. Natomiast w sposobie podania treści ta książka nie wydaje się szczególnie skierowana do dzieci. To po prostu encyklopedia. Mamy kolejne rozdziały, tematy, wytłumaczenia, przypisy, obrazki – przez układ treści, jedna strona – jeden temat, tutaj też czasem pojawiało się to wyzwanie, co w Tłumaczu rzeczy, czyli przestrzenne ograniczenie treści.

Jest w Planetarium dużo weryfikowalnych danych – wiedza naukowa podana w bardzo ładnej postaci. Wydawnictwo zatrudniło mnie jako fizyka, czyli człowieka teoretycznie znającego się na rzeczy. Jako tłumacz mam takie skrzywienie, że sprawdzam autorów. Nigdy nie wierz autorowi! Każdą z tych informacji wyszukiwałem, przeliczałem mile na kilometry, jednostki astronomiczne, parseki i lata świetlne – kupa roboty! Mam koleżankę z fizyki, do której kieruję wydawnictwa jako do redaktorki merytorycznej. Bo mimo wszystko moją rolą jest tłumaczenie, a nie weryfikacja merytoryczna. Gdy znajdę błąd, zawsze informuję wydawnictwo, żeby redaktor to zbadał.

A ta bardzo ciekawa książka?

Astrofizyka dla zabieganych Wydawnictwa Insignis wydana w dwóch wersjach to też dość śmieszne przeżycie, które chyba rzadko zdarza się tłumaczom. Astrofizyka – o takich rzeczach czytają zazwyczaj ludzie, którzy choć trochę się interesują astronomią. Jest popyt na gwiazdy. Bardzo ciekawą rzeczą, którą można jako tłumacz otrzymać w prezencie, są komentarze czytelników. Jeden z nich mnie zaskoczył i był dla mnie niesłychanie zabawny. Zwykle podpisuję się inicjałem, z moim drugim imieniem – Jeremi K. Ochab. Czytelnik myślał, że mój inicjał K. to żart, że to nawiązanie do gwiazdy Kochab w gwiazdozbiorze Małej Niedźwiedzicy – że zrobiłem z siebie gwiazdę 😊. 

Autora, Neila deGrasse Tysona, też przyłapałem na merytorycznym błędzie. Trzy razy próbowałem to przeliczać, na różne sposoby, bo nie mogłem w to uwierzyć! Redaktorem naczelnym w wydawnictwie też jest fizyk, były fizyk, więc jak mu powiedziałem, że znalazłem błąd, to również policzył, by się upewnić, czy mam rację. Błąd polegał na tym, że we fragmencie, który mówi o zasilaniu satelitów za pomocą materiałów radioaktywnych, Tyson napisał, że z jednego funta plutonu można wygenerować 10 mln kilowatogodzin energii cieplnej do zasilania tego satelity przez bardzo długi czas. To jest ogromna liczba – autor mocno przestrzelił, jakieś kilkadziesiąt razy. Dlaczego tak się pomylił? Okazało się, że policzył dobrą ilość energii, tylko dla złego procesu fizycznego – do innego typu rozpadu plutonu. Jakoś mu się to pomieszało – nawet najlepszym się zdarza. Ja mam po prostu ten paskudny nawyk sprawdzania, przez co tłumaczenie trwa dwa razy dłużej.

A co to znaczy, że książka została wydana w dwóch wersjach?

Te dwie książki to jest tak naprawdę ta sama książka: Astrofizyka dla zabieganych (w domyśle starszych zabieganych) oraz Astrofizyka dla młodych zabieganych. Różnią się estetyką, na plus dla tej dla młodych: jest w niej dużo ilustracji, zdjęć astronomicznych, treść jest inaczej ułożona. Ona ma też drugiego autora, Gregory’ego Mone’a, który pomógł Tysonowi przetworzyć treść na potrzeby młodszych.

Wydawca polski bardzo sensownie stwierdził, że skoro przetłumaczyłem jedną, to powinienem przetłumaczyć i drugą. Dzięki temu, że miałem pewne doświadczenie naukowe, to postanowiłem zrobić coś, co pomoże mi w tłumaczeniu: porównałem ze sobą obie wersje. Kiedyś, dzięki zaproszeniu Jana Rybickiego, udałem się do znajomych naukowych w Getyndze, którzy zajmowali się text reuse, czyli ponownym wykorzystaniem fragmentów tekstów w innych tekstach. Mają do tego oprogramowanie, które pokazuje, w których miejscach fragmenty tekstu były takie same lub nie. A ja właśnie o tym chciałem się przekonać. 

astrofizyka dla zabieganych.jpg

I jak to zrobiłeś?

Wydawca zagaił mnie: „Jeremi, przetłumaczysz sobie to prosto, przecież to ta sama książka”. A ja sobie pomyślałem: „Hm, czy na pewno? Oszacujmy, ile to rzeczywiście będzie roboty”. Załadowałem do tego programu obie wersje, linijka po linijce. Program pokazał, które zdania były słowo w słowo dokładnie takie same, a które nie. Czasem to były całe akapity tekstu, a czasem akapity były powielone tylko częściowo, a zdania poprzestawiane. Dzięki temu byłem w stanie sprawdzić, czy rzeczywiście, do jakiego stopnia i w jakich miejscach pewne rzeczy były już wykorzystane. 

Miałem więc dwie opcje: przetłumaczyć drugi tekst całkiem od nowa albo posiłkować się pierwszą wersją, zaglądać do starego tekstu, przeklejać powtarzające się akapity i rozdziały, żeby nie pracować dwa razy, patrząc uważnie na to, co się zmieniło. Pozwoliłem sobie skorzystać z tego narzędzia. W ten sposób pokazałem też wydawcy, że to niby ten sam tekst, ale tak naprawdę nie do końca – co wpłynęło na stawkę honorarium. 

Dodatkowo przygotowałem listy frekwencyjne słów: ile gdzie występuje, na ile się pokrywają. Na przykład w książce „dla starych” słowa, których nie ma w tej dla młodszych lub które występują rzadko, to słowa związane z rządem, narodem, polityką itp., natomiast w tej dla młodzieży pojawiają się „nauczyciele”, „uczniowie”, „gry”. Były więc takie różnice, które dało się wychwycić. Mogłem sobie sprawdzić, że w wersji dla młodych jest więcej końcówek -ing (czasowników w czasie ciągłym), zaimków, skrótów (can’t, don’t), wykrzykników, pytajników, jest bardziej ekspresywna. Były w niej inne zdania, a frazeologia dostosowana była do młodego czytelnika. Ten pierwszy tekst był bardziej suchy, odnosił się do pracy, do tematów „dla dorosłych”. To było coś marginalnego, ale trzeba było na to zwrócić uwagę.

Porównanie dwóch wersji tekstu Astrofizyki dla zabieganych
Porównanie dwóch wersji tekstu Astrofizyki dla zabieganych

Kolejna rzecz to inne traktowanie humoru. W angielskiej wersji dla młodzieży pojawiają się dodatkowe żarty językowe, które trzeba było jakoś skompensować, a czasem wymyślić coś od zera. Czasem było to trudne. To chyba rzadkość, że ktoś ma okazję dwa razy przetłumaczyć prawie tę samą książkę. Może to nie ta sama półka, co Mechaniczna pomarańcza, ale zawiera esencję przekładu – ćwiczenie mimikry.

Czym zajmujesz się teraz? Tłumaczysz coś?

Nie, od czasu Kosmicznych zderzeń nie mam czasu tłumaczyć z bardzo różnych względów. Na razie dałem sobie spokój. Wcześniej wyglądało to tak, że brałem miesiąc wolnego i przez ten miesiąc tłumaczyłem całą książkę, z grubsza w tempie siedmiu arkuszy na miesiąc. Uwaga: nie jest to tempo dobre do tłumaczenia literatury pięknej, bo nie będzie to już literatura piękna 😉.

Czy masz jakieś tłumaczeniowe marzenia? Jest coś, co bardzo chciałbyś przełożyć?

Była taka książka popularnonaukowa, Nie mamy pojęcia, która bardzo mi odpowiadała pod względem humoru, ale akurat pracowałem wtedy nad czymś innym, więc przełożył ją inny tłumacz. Chciałem, ale już jest po robocie – jedno tłumaczeniowe marzenie uciekło. 

Dziękuję za rozmowę i życzę spełnienia pozostałych marzeń!

Jeremi Ochab & Translatorion

***

Jeśli zaciekawiło Was to, o czym opowiadał Jeremi, poniżej parę linków, dzięki którym dowiecie się jeszcze więcej!

  • http://cs.if.uj.edu.pl/jeremi/ – tu możecie dowiedzieć się bardziej szczegółowo, czym zajmuje się naukowo Jeremi oraz jakie książki przetłumaczył
  • https://www.ejournals.eu/autorzy/99999910136/Jeremi-K-Ochab/ – tu możecie przeczytać artykuł, w którym Jeremi w szczegółach opisuje problemy napotkane przy pracy nad Tłumaczem rzeczy – Martyna miała przyjemność tłumaczyć ten artykuł na angielski
  • https://ifa.filg.uj.edu.pl/ – Instytut Filologii Angielskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego – to stamtąd wziął się i Jeremi, i Translatorion 😉
  • https://xkcd.com/ – strona z komiksami Randalla Munroe, autora Tłumacza rzeczy 
Udostępnij

One thought on “WYWIAD Z JEREMIM OCHABEM

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Akceptuję zasady Polityki prywatności